Gaya Polaris
Dopiero dzisiaj mogę o tym mówić i pisać, a i tak jestem zalana deszczem łez. Gaya ze mną jadła, spała, biegała, pływała, kopała doły na działce, zaganiała nasze koty do domu, grała w piłkę, aportowała mi piłeczki piszczałki, kiedy się nudziła.
Gdy była malutkim szczenięciem obgryzała swojemu panu rano uszy, by wstał i ustąpił jej miejsca na poranne głaskanie u pani. I jak na "wilka" przystało, chowała się w stadzie z innymi naszymi psami, suczką kundelkiem Figusią i starym bokserem Rolfem. Rolf pilnował obie panie, a Figusia uczyła Gayę odpowiednich zachowań, a jeśli zasłużyła na naganę, bo nie przyszła na moje zawołanie lub oddaliła się, Figusia natychmiast ją karciła podgryzając jej nogi i ogon.
Uwielbiała nasze wielogodzinne spacery po polach i lasach nad Narwią, obszczekiwała wszystkie psy z okolicznych zagród, a kiedy wracała ze spaceru oznajmiała swym donośnym szczekiem, że właśnie wróciła i ma zamiar na swym terenie rządzić.
W Warszawie miała wielu psich przyjaciół, z którymi codziennie się bawiła i biegała na spacerach. Niestety, nie upilnowałam jej, nagle zawinęła się koło moich nóg i pobiegła za samochodem. Nie dogoniłam jej, znalazłam ją na ulicy, już martwą. Pani, która jechała tym samochodem nie zatrzymała się wyjeżdżając z osiedla, choć widziała biegnącą Gayę, nie poczekała na mnie, abym mogła pochwycić psa. Gaya niestety "zaganiała" już wcześniej samochody, biegła czasami za nimi po polach na wsi, lecz wracała na mój rozkaz. Teraz jednak mój rozkaz nie wystarczył. Próbowałyśmy sił na wystawach, dwa razy Gaya otrzymała ocenę bardzo dobrą.
Dla mnie była moją księżniczką i radością każdego ranka, a kiedy kładła swój łepek na mych stopach, to czułam, że jesteśmy dla siebie stworzone. Gayka, zawsze będziesz ze mną... i po drugiej stronie też.,
Anna Wojciechowska-Krawczyk
![]() |
![]() |
Faty z Grodu Świętokrzyskiego
Asia Wyszyńska
![]() |
![]() |
Chila-Candy-Kissme vom Arzbergerhof
CHILA-CANDY-KISSME vom Arzbergerhof stosownie do swojego imienia była samą chodzącą słodyczą, dobrocią i ostoją spokoju i ciepła. Jej imie CANDY (cukierek) okazało się być prorocze. Jako najmłodsza w rodzinie na początku została ‘Szczylówą’, a poźniej ‘Grubą’. Jej pasją nie były bynajmniej sporty, jej wieczną i jedyną pasją było głaskanie. Przyjazna w stosunku do wszystkich, którzy tylko chcieli ją ‘pomiziać’ najbardziej lubiła oprzeć się o czyjeś nogi i kazać się głaskać i głaskać i głaskać…
W domu psociła równo – zjedzone buty, zdarte tapety, obryzione meble – to wszytsko jej sprawka, ale jak można się gniewać na tak słodkie stworzenie. Za to gdy szczeknęła, to stojąc po drugiej stronie drzwi można było sądzić, że to co najmniej rottweiler, natomiast to była tylko "belgijka" w dolnej granicy wzrostu, na dodatek z niemieckim paszportem.
Chila nie lubiła Agility, jeśli się ją ładnie poprosiło przebiegała tor bezbłędnie, ale na stole, na którym pies miał warować robiła przewrót na plecy mówiąc – „dobrze a teraz mnie głaszcz, już dosyć się nabiegałam”, doprowadzała tym do śmiechu wszystkich rozbrajając ich doszczętnie. Przyjechała do Polski by wprowadzić nową krew do hodowli, co udało się znakomicie. Teraz na wystawach są już jej wnuki, w większości równie pełne słodyczy jak ich babcia.
Jako starsza Pani majestatycznie rządziła wszystkimi sukami w hodowli, nie musiała się wysilać, wystarczało że pokazała ‘garnitur’ i każda schodziła jej z drogi.
Uwielbiała wylegiwać się w słońcu, leżąc na trawie i opalając brzuch. Na deszcz nie wychodziła – wystawiała czubek nosa z werandy i wracała na ulubione legowisko, bo przecież starsze Panie nie lubią moknąc w deszczu.
Opuściła nas 4 marca 2005 roku w wieku prawie 13 i pól roku i teraz wyleguje się na słońcu w ogrodach Pałacu Mandosa.
Anna Szymaniak
![]() |
![]() |
Ceres MISTER WIMULA
Ceres
MISTER WIMULA, po domowemu znany jako Rani, Raneczek, Słoneczko, Słonik
już jako szczenię zapowiadał się na psa z charakterem – jak to u belga –
pełnym sprzeczności. Niezależny pieszczoch, uparty pracuś i spokojny
wariat. Może się to wydać nieprawdopodobne, ale nie niszczył nic w domu
(no poza jedną parą kapci) a załatwiał się jak kot – na gazety, przy
czym nigdy się nie pomylił. Ranik
był psem owocowym uwielbiał jabłka, truskawki itp. I potrafił się o nie
upominać – trącał nas nosem, a na pytanie "co chcesz?" prowadził do
stołu i pokazywał swoją wilgotną czarną "truflą" tależ na którym leżały
owoce. Znajomi wiedząc o jego upodobaniach często przynosili jabłka
specjalnie dla niego, a on potrafił wyniuchać je w ich plecakach. Stawał
wtedy jak przy pracy na śladzie, zaznaczał znaleziony przedmiot i
czekał. Jeśli nikt nie reagował na jego nieme prośby wydawał z siebie
ciche "buff", odwracał wymownie głowę i "mówił" "no przecież wiem, że tu
są dla MNIE jabłka, przecież je znalazłem więc może byście łaskawie w
końcu mi je dali, przecież one są MOJE!!!”. W ostatnich latach, już po
przeprowadzce na wieś zagustował w czarnych porzeczkach, które obrywał
sobie sam prosto z krzaczka. Jeśli długo nie przychodził na wołanie,
znaczyło to, że właśnie się nimi objada. Jeszcze w Warszawie zdarzyła
nam się przygoda z truskawkami. Pewnego dnia na spacerze (w sezonie
truskawkowym) przechodzącej obok nas Pani wysypały się truskawki z czego
oczywiście nie omieszkał skorzystać Rani – zaczął je z apetytem
pałaszować. Ponieważ było ich sporo Pani próbowała je ratować spod zębów
mojego "wegetarianina", na co mój kochany piesek powiedział "wrrrrr", w
związku z czym Pani stwierdziła, że skoro mu tak bardzo smakują to może
je dokończyć. Takie
zachowanie było dla niego charakterystyczne. Spoufalających się obcych
tolerował do pewnego stopnia – „Mogę się z Tobą przywitać, dać się
pogłaskać ze dwa no mooooże trzy razy, ale bez przesady nie jestem
pluszowym misiem, tylko psem i to nie byle jakim ale belgiem!!!”.
Niektóre osoby kochał od pierwszego wejrzenia, inne pozostawały zawsze
pod baczną obserwacją. Jego
zdolności i chęć do pracy zawsze mnie zdumiewały. W posłuszeństwie nie
miał sobie równych w swojej grupie. Jako pierwszy "belg" w Polsce zdał
egzaminy POI z drugą lokatą wyprzedzając wiele Owczarków Niemieckich.
Jednak jego powałaniem okazało się Agility. Był zawodnikiem pierwszej w
Polsce drużyny Agility, zarazem pierwszym belgiem w niej startującym.
Brał udział w wielu pokazach na wystawach w całej Polsce. Jego występy,
jako że należał do najlepszych zawsze wzbudzały ogromny aplauz i
zainteresowanie widowni. Rani występował w programie dla dzieci Tik-Tak,
gdzie prezentował swoje agilitarne zdolności. Można
z nim było podróżować wszędzie i wszelkimi środkami lokomocji.
Pływaliśmy kajakiem po Mazurach i motorówką po Zegrzu. Woda i odgłos
silnika motorówki działał na Ranika usypiająco. Wsiadając do kajaka
kładł się w moich nogach i po wypłynięciu na wodę natychmiast zapadał w
drzemkę by obudzić się błyskawicznie gdy tylko łódź dotknęła brzegu,
gotowy do nowej przygody. Początkowo chciałam zostawiać go w domku, ale
od momentu gdy wyskoczył przez uchylone okno podróżował i płynął ze mną
wszędzie. Długo
zachowywał dobrą kondycję i nawet w wieku 14 lat potrafił ukraść
szmatkę, rękawiczki, cokolwiek i zapraszać do zabawy w berka po
podwórku. 19
lipca 2005 roku skończyłby 16 lat. Zostawił po sobie potomstwo, które
godnie reprezentowało go na ringach wystawowych i sportowych. Odpłynął
do Valinoru 12 czerwca 2005 i dołączył do grona szczęśliwych elfów w
Pałacu Mandosa. Anna Szymaniak
![]() |
![]() |
Bertyn z Leśnego Maneżu
Czy w takich warunkach dało się wychować przeciętnego belga? No cóż –
Bertyn na pewno przeciętny nie był. Świadczy o tym choćby nasz pierwszy
wyjazd na wystawę – jeszcze wtedy w roli kibiców. Mój piesek miał wtedy
niespełna cztery miesiące. Podróż samochodem, pociągiem, zatłoczonym
tramwajem i autobusem zniósł bez mrugnięcia okiem. W wystawowym
rozgardiaszu ani na chwilę nie stracił dobrego humoru. W drodze
powrotnej zachowywał się jak wytrawny globtroter. A w domu – połknął
kolację („Apetyt” to było jego drugie imię), po czym położył mi pod
nogami piłeczkę z miną mówiącą „Może się wreszcie porządnie pobawimy”?
Z niewyczerpaną cierpliwością znosił moje szkoleniowe eksperymenty,
sukcesy nagradzał błyskawicznymi postępami, ale błędy wytykał bez
litości. Nieraz zastanawiałem się, kto tu tak naprawdę kogo uczy?
Jakimś tajemniczym zmysłem wyczuwał, kiedy ćwiczenie jest tylko
„sztuką dla sztuki”, a kiedy pracujemy na serio i w takich sytuacjach
potrafił dokonywać cudów. Ot, choćby zaginięcie rottweilerki kolegi –
Bertyn szedł jej śladem kilkanaście kilometrów, znalazł ją i
przyprowadził do mnie. Do dziś nie wiem, jak.
Ileż takich przygód przeżyliśmy? Wiele zabawnych, inne wzruszające,
niektóre niebezpieczne i dramatyczne. Ile wspomnień: Bertyn jako mój
pomocnik w badaniach przyrodniczych, jako główny aktor programu o psach
emitowanego przez ponad trzy lata w lokalnej telewizji. Jako mój
nieustraszony obrońca, jako czuły opiekun chorego jeża i innych
bezbronnych stworzeń, towarzysz zabaw moich dzieci. Ile wspólnych
włóczęg, ile przewędrowanych razem kilometrów? Ilu ludzi pod jego
wpływem zmieniających swój stosunek do psów?
Ale czas jest nieubłagany. Przybywało siwych włosów na pysku,
reumatyzm utrudniał ruchy. Lata i choroby powoli zmieniały każdy spacer w
nie lada wysiłek. Jednak nawet one nie złamały nieugiętego ducha, nie
osłabiły chęci do pracy, nie odebrały zapału, by nigdy nie zawieść swego
ludzkiego stada.
Odszedł tak, jak żył: bez lęku, z godnością i bezgranicznym zaufaniem
do tych, których kochał. I takim na zawsze pozostanie w moim sercu. Marek Nejman
![]() |
|









